MILCZENIE OKUPANTÓW
Każdy, zapewne, zdaje sobie sprawę z faktu, że wojska okupacyjne w
Iraku nie podają do wiadomości publicznej rzeczywistych strat, jakie
ponoszą w tym kraju. Jednak Irakijczycy znają je, bo okupanci codziennie
giną na ulicach Bagdadu i innych miast. Ludzie widzą bojowników ruchu
oporu i rezultaty ich działań. Blizcy ofiar, zabitych i rannych, też o
tym wiedzą. Prawdę o stratach zna amerykańskie dowództwo i personel
medyczny, a i dziennikarze z agencji informacyjnych też są nieźle
poinformowani.
A jednak prawda o stratach nie dociera do szerokiej publiczności.
Dlaczego? To właśnie pytanie nurtowało mnie w czasie pobytu w Iraku. W
jaki sposób amerykańskiemu dowództwu udaje się ukryć fakt śmierci
żołnierzy przed ich krewnymi? Jak amerykańskiemu dowództwu udaje się
zmusić kolegów poległych do milczenia? Gdzie są ukryte zwłoki? W
Niemczech? W Kuwejcie? Gdzie indziej?
Dla Stanów Zjednoczonych Ameryki temat strat ludzkich, poniesionych
podczas działań bojowych, jest stary jak Wojna Koreańska. Już wówczas,
bowiem, Amerykanie ponieśli straty większe niż w obydwu wojnach
światowych razem wziętych, nie odnosząc przy tym żadnych porównywalnych
korzyści militarnych czy politycznych. Szanowni czytelnicy będą pewnie
zdziwieni dowiedziawszy się, że sztuke ukrywania prawdy przed własnym
społeczeństwem Amerykanie praktykują już od dziesiątków lat.
Ile czasu minęło od Wojny Wietnamskiej? Czterdzieści, czterdzieści parę
lat... Niemniej tysiące Amerykanów wciąż nie znają prawdy o losach
swoich krewnych, bliskich, kolegów. Tysiące rodzin w dalszym ciągu
wierzą, że ich mężowie, synowie i bracia zaginęli bez wieści lub
wypełniają jakieś ściśle tajne misje we Wietnamie. Dalsze tysiące rodzin
wierzy, że ich krewni zmarli już po zakończeniu wojny. Niektórym wmawia
się, że ich synowie przeżyli psychologiczny stres, w wyniku którego
nieszczęśnicy zamknęli się w klasztorach lub udali się na emigrację.
Jednocześnie oficjalny Waszyngton podgrzewa emocje oskarżając Wietnam o
rzekome przetrzymywanie amerykańskich jeńców wojennych lub ukrywanie
danych o miejscach ich pochówku.
W Iraku amerykańskie dowództwo może sobie kłamać do woli. Nawet jeśli
prawda ujrzy światło dzienne, do tego czasu albo krewni poległych
opuszczą świat doczesny, albo politycy, którzy rozpętali tą wojnę,
odejdą w polityczny niebyt, albo z innych przyczyn, n.p. zdrowotnych,
nie będą mogli odpowiadać za swoje zbrodnie. Zresztą, sam problem straci
swoją aktualność i będą się nim zajmować jedynie zawodowi poszukiwacze
prawdy w rodzaju Michaela Moore'a.
Sama wojna z Irakiem, pod naciskiem politycznej koniunktury i
historycznej pamięci z czasem zostanie przedstawiona jako "szlachetna
sprawa", a jej weterani na prawo i lewo będą udzielać wywiadów i kasować
honoraria. Nikt nie wspomni o ofiarach wojny, nie zażąda odszkodowań lub
choćby przeprosin. Powiecie - przesada? Ależ właśnie tak się rzecz ma z
weteranami wojen w Korei, Wietnamie i gdziekolwiek jeszcze amerykańskie
żołdactwo postanowuło wstrzelić swoje ideały. To mogłoby być śmieszne,
gdyby nie było takie smutne.
Pobierający pensję prezydenta George W. Bush może spać spokojnie póki
tysiące rodzin będą opłakiwać swoich bliskich. On sam przy dogodnej
okazji - na Dzień Niepodległości, Dzień Weterana lub Dzień
Dziękczynienia - uroni rzewną łezke i obieca odpłacić za wszystko
Irackim "terrorystom". Tak właśnie będzie, bo to już ma miejsce na
oczach całego świata.
Czytelnicy mogą zapytać - a co na to dowódcy i koledzy poległych? Jak
można zmusić ich do milczenia i rezygnacji z lojalności wobec towarzyszy
broni? A świadkowie? A środki masowego przekazu? Jak można przemilczeć,
zaniżyć lub zbagatelizować dane o stratach?
Zasadniczo, informację o stratach podaje się w trzech przypadkach:
- Kiedy żołnierz ginie na oczach kolegów.
- Kiedy wiadomości o stratach zdążą podać niezależne agencje
informacujne.
- Kiedy ewakuacja zabitych przeciąga się i niema możliwości ukryć
tego faktu przed naocznymi świadkami.
W innych przypadkach nie mówi się o
zabitych, a tylko o rannych, przy czym procedura wygląda mniej-więcej
tak:
- Zwłoki zabitego przekazuje się do szpitala polowego, a jego
papiery i rzeczy osobiste do jednostki wywiadu wojskowego. Kolegom
poległego mówi się, że odniósł on rany i znajduje się w stanie ciężkim
lub krytycznym.
- Dalej zwłoki są transportowane do Niemiec, Kuwejtu, lub innego
kraju, gdzie Stany Zjednoczone mają swoje bazy wojenne. Tam trupy są
zamrażane i mogą być przechowywane praktycznie przez czas
nieograniczony.
- Na podstawie konkretnych przepisów i instrukcji, dowódcom i
kolegom kategorycznie zabrania się kontaktować z rodzinami poległych.
Dla nikogo nie jest tajemnicą, że w Iraku poczta sił okupacyjnych
znajduje się pod totalną cenzurą, nieraz stosującą poniżające metody
kontroli korespondencji. Dotyczy to, oczywiście, również poczty
elektronicznej i łączności komórkowej. Informują o tym odpowiednie
komunikaty prowajderów za każdym razem, gdy żołnierz polączy się z
Internetem lub skorzysta z telefonu komórkowego.
- Jeżeli transport zwłok do Kuwejtu lub Niemiec jest z jakichś
powodów niemożliwa, stosuje się różnorakie środki maskujące. Trup można,
na przykład, wrzucić do rzeki żeby go potem "z powodzeniem" wyłowić. Są
i inne sposoby. Uważny czytelnik prasy codziennej z łatwością zauważy,
że w wojskach okupacyjnych w Iraku zdarza się szczególnie wiele
wypadków, samobójstw i przypadków tzw. friendly
fire, tzn. kiedy żołnierze tej samej armii kropią nawzajem do
siebie zamiast do nieprzyjaciela. Nie może ujść uwadze i wysoki procent
zgonów na skutek chorób i odniesionych ran - najwyższy od czasów
Pierwszej wojny światowej, kiedy to sztuka medyczna po raz ostatni
stała na tak niskim poziomie. Takie straty nie sa kwalifikowane jako
straty bojowe.
- Jeśli poległy nie jest rasowym białym protestanckim Anglosasem, a
tylko, dajmy na to, śmierdzącym czarnuchem, tępym angolem, pijanym
polaczkiem czy innym wszawym makaroniarzem, wrzuca się go do wspólnego
dołu - zawsze na terenie bazy wojskowej lub innego silnie strzeżonego
obiektu.
Oczywiście, żaden z owych sposobów
nie gwarantuje stuprocentowej skuteczności. Jeden ze zbiorowych grobów
odkryli partyzanci po wykurzeniu Anglików z jednej z ich baz w okolicach
Basry. Rząd brytyjski musiał się wówczas gęsto tłumaczyć, że "przeoczył"
kilkaset poległych "pochowanych w nieoznakowanych grobach". Inny
wspólny grób odkryto na terenie międzynarodowego lotniska pod Bagdadem.
Wiadomości, a nawet zdjęcia, o odkryciu zamrożonych zwłok, a to na
Cyprze, a to w Katarze, a to jeszcze gdzie, od czasu do czasu obiegają
Internet.
To są pierwsze dokumentalne świadectwa tego rodzaju. Czy poznamy kiedyś
całą prawdę? Czy znajdą się odważni, gotowi przeprowadzić fachowe i
bezstronne śledztwo? Czy znajdą się uczciwi, gotowi opublikować wyniki
śledztwa? Czy są wogóle jeszcze kretyni wierzący w śmieszne przesądy
humanizmu i sprawiedliwości, którzy daliby świadectwo amerykańskich
zbrodni w Iraku?
Dobrze by było, gdyby zrobiły to europejskie i amerykańskie kanały
telewizyjne, którym rzekomo leży na sercu troska o podawanie rzetelnej i
bezstronnej informacji. Ale moje doświadczenie z nimi nie napawa mnie w
tej kwestii optymizmem. Jedynie głosy niektórych arabskich kanałów - jak
Al-Jazeera czy Al-Arabiya - próbują przebić się przez fanfary dzielnego
krzyżaka Busha, potakiwania jego Blaira i reklamę podpasek. Reszta już
przegrała na polu bitwy informacyjnej.
Former Naval Person